Belgrad w 24 godziny i przez Macedonię Północną na Chalkidiki

Z Budapesztu wyjechaliśmy w lekkim deszczu, a w nocy dołączył do nas kolega. Po drodze trzeba było zrobić porządny serwis, bo robimy go mniej więcej co dwa dni, i dolać AdBlue, o którym Tomas znów zapomniał. Garmin od razu ominął nam korek po wypadku, który kosztowałby dwie godziny stania.
Dwie granice
Wyjazd z Węgier zajął nam prawie dwie godziny w kolejce. Wjazd do Serbii trwał za to pięć minut. Do Belgradu jedzie się płatną drogą, w której byliśmy w drugiej kategorii. Na wjeździe do miasta znów był wypadek, a my objechaliśmy go równoległą drogą, przyznajemy, trochę buspasem.
Belgrad: parking w centrum i twierdza
Stanęliśmy na parkingu w centrum, w nowo wybudowanej dzielnicy przy promenadzie nad rzeką. Za postój do niedzieli do północy zapłaciliśmy w przeliczeniu około 23 zł, czyli wychodzi około 20 zł za dobę. Plusy: można wszędzie dojść pieszo. Minusy: parking jest przy zielonym moście, po którym jeździ tramwaj.
Na promenadzie stoi prawdziwy okręt wojenny, na który można wejść. Pewien Serb chciał nam wymienić żonę na drona, z czego wyszła dobra zabawa. Nie mieliśmy planu, Belgrad był dla nas tylko przystankiem noclegowym, a okazało się, że wszystko jest blisko: twierdza, a za nią główna ulica prowadząca na stare miasto.
Belgrad zrobił na nas mega pozytywne wrażenie. To typowo europejska stolica, ludzie świetnie ubrani, tłumy na ulicach, a na każdym rogu ktoś gra: koncert albo ludowa orkiestra. Była sobota, 20 kwietnia, wieczorem było chłodno, a w Polsce podobno 5 stopni. Na kolację wzięliśmy pizzę XXL, a na koniec przeszliśmy pod pięknie oświetlony most.
Nocna przygoda
O 4:30 coś walnęło w Benka. Na monitoringu było widać samochód i całe zdarzenie, więc kamery się przydały. Skończyło się na białej rysie. To była nasza wina: gdybyśmy stanęli metr dalej do przodu, nic by się nie stało.
740 km przez Serbię i Macedonię Północną
Wyjechaliśmy wcześnie, bo prognoza była zła, a przed nami było 740 km i kilka granic. Porównywaliśmy nawigacje: Garmin z wpisanymi wymiarami kampera, TomTom i CoPilot Truck pokazywały podobny czas, z różnicą do godziny. Od wyjazdu z Polski mieliśmy już 1000 km za sobą.
- Autostrada z Belgradu do granicy (ok. 360–370 km) kosztowała około 95 zł.
- Na granicy z Macedonią Północną staliśmy pół godziny. Celnik zagadał do nas prawie po polsku.
- Skopje odpuściliśmy, bo padało, a w deszczu nie zwiedzamy.
- W Macedonii zatankowaliśmy najtańszy diesel na trasie, w przeliczeniu około 5,45 zł za litr, a pięć bramek przez cały kraj kosztowało razem około 35 zł.
- Granica grecka zajęła nam trzy i pół minuty. Na greckich bramkach pytają o wysokość pojazdu, a nie o długość. Pierwsza kosztowała 2,60 euro.
Na Chalkidiki dojechaliśmy około 18. Przez całe 760 km, przez Serbię, Macedonię i Grecję, padał deszcz. Bez siły na dalsze szukanie stanęliśmy dwa metry od linii brzegowej.
Z tego wyjazdu
- Granica Węgry–Serbia: prawie 2 godziny wyjazdu z Węgier, wjazd do Serbii 5 minut (kwiecień 2024).
- Belgrad: parking w centrum przy promenadzie, ok. 20 zł za dobę, blisko twierdzy i starego miasta.
- Autostrada Belgrad–granica macedońska: ok. 95 zł.
- Macedonia Północna: tani diesel i bramki za ok. 35 zł przez cały kraj.
- W Grecji opłata na bramkach zależy od wysokości pojazdu.